21-11-2001, 20:12
Flint 1948 x przeczytano
Sherwood było moim pierwszym spotkaniem z prozą Tomasza Pacyńskiego, a było to spotkanie nadzwyczaj miłe. Jest to niewątpliwie powieść fantasy, ale fantasy nietypowa, która skojarzyła mi się z prozą Terry’ego Pratchetta – obaj pisarze używają bowiem książki jako pretekstu do wyśmiania świata jak najbardziej realnego i nam współczesnego, a także zadania pewnych niewygodnych pytań. Tyle, że Pratchett wykorzystuje w tym celu wymyślony od zera świat pełen absurdów, a Pacyński cofa się do czasów dawno minionych, a konkretnie – do również pełnej absurdów Anglii, w dwadzieścia lat po śmierci Robina w Kapturze, a w retrospekcjach, zajmujących około pół książki, również do czasów jego życia.
Autor nie trzyma się oczywiście ściśle realiów historycznych, a nawet tych opisanych w książce o Robin Hoodzie autorstwa Howarda Pyle’a, opiera się bowiem głównie na realiach przedstawionych w angielskim serialu TV, też oczywiście wzbogaconych o elementy licujące lepiej z pełnokrwistą powieścią fantasy, jaką Sherwood niewątpliwie jest. W dodatku, a może przede wszystkim, w świecie tym pojawiają się takie osobliwości, jak chłopi blokujący królewski trakt (pod przywództwem ulizanego Le Peura, czyli Ojczulka), zdalnie sterowane bełty do kusz czy środki radioaktywne.
Książka napisana jest rewelacyjnie – czyta się łatwo i z przyjemnością, a pewne zabiegi stylistyczne czy sformułowania same w sobie pobudzają do śmiechu. W dodatku tekst sam w sobie pełen jest aluzji i rubasznych żartów (choćby komentarz dotyczący wiedźminów).
Jest to książka wielopoziomowa, którą to cechę wielce sobie w literaturze cenię. Istnieje powierzchnia – żywa, pełna zwrotów i ciekawych zdarzeń akcja, a także niezwykle interesująca fabuła; jest głębia – pewne pytania i przemyślenia na temat ludzkiej natury; jest wreszcie tło – masa aluzji, od zrozumiałych dla wszystkich (Le Peur, wiedźmin, bełt) do tych zrozumiałych tylko dla pewnych specyficznych grup (Kaczmarski, a także liczne kwestie żywcem wzięte z filmów bądź książek).
Fabuły zdradzać nie będę, bo ciężko ją streścić nie wyjawiając za dużo – dość powiedzieć, że koncentruje się wokół Matcha - ‘Wieprza’, pobocznej postaci z legendy o Robin Hoodzie (Młynarczyka) i Jasona, szulera dysponującego niezwykłymi zdolnościami, które w wyniku przykrego incydentu (a, ściślej mówiąc, potężnego ciosu w potylicę) ulegają znacznemu wzmocnieniu.
Reasumując – Sherwood to pozycja ze wszech miar godna uwagi, wyjątkowo dobra. Polecam ją bez wahania każdemu, bo każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Książka jest, co warto zauważyć, pierwszą częścią cyklu.
Już czekam na ciąg dalszy...
Moja ocena: 5/5
|