Ten serwis używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz terminal może działać lepiej. Chcesz wiedzieć więcej?
Valkiria Network | V-Game | Gry komputerowe | Ogniem i Mieczem | Gry fabularne | Dzikie Pola | Neuroshima | Świat Mroku | Warhammer
Film | Star Wars | Literatura | Andrzej Pilipiuk | Jacek Komuda | Zmierzch | Komiks | Planszówki | Karcianki | Wędrowycz | Bitewniaki | II wojna światowa
Valkiria - Polub nas na Fejsie
  
Ku Chwale Valkirii! #1 - opowiadanie
 09-05-2007, 12:33
 Armand de Morangias
 11002 x przeczytano

To nie księżyc, to stacja kosmiczna!
Olbrzymia, gotycka bryła LSS „Valkiria” dryfowała majestatycznie na orbicie okołoziemskiej. Startujący z bazy na Ziemi rekruci nie mogli oderwać wzroku od molocha.
-Spójrzcie na te działa! - zakrzyknął Wiewiór, wlepiony w bulaj promu.
-Są większe od tej łupinki, którą się kolebiemy, niesamowite!
-Baterie szybkostrzelnych generatorów antymaterii typ A-1 „Annihilator”. Dziesięć pocisków na sekundę, każdy pocisk generuje mikroeksplozję o energii jednego teradżula. - Wyjaśniła beznamiętnie Narmo.
-Nie wiem, czym się tu ekscytować, nowszy A-2 „Behemot” uderza ciągłą wiązką antymaterii, jest w stanie zniszczyć instalację wielkości księżyca w jeden koma...
-Za dużo gadacie – uciął Kaczuszka, wpatrzony w plastalowe ostrze swojej szabli.
Prom powoli wleciał do hangaru wielkości metropolii. Kadeci skrzywili się mimo woli, gdy przekraczali pole siłowe, oddzielające wnętrze okrętu od pustki kosmosu. Już w Akademii uprzedzano ich, że za pierwszym razem uczucie jest bardzo nieprzyjemne. Statek wylądował z dala od śluzy. Drzwi otwarły się z sykiem. Nowych żołnierzy Valkirii czekało gorące powitanie.
-Na co jeszcze czekacie, pięknoduchy obsrane?! Wypierdalać z tej kapsuły i w dwuszeregu zbiórka!
-A teraz, za mną marsz! - Barczysty kapral ryczał tak głośno, że zagłuszał silniki startujących myśliwców. Żołnierze ruszyli za nim. Przemaszerowali przez hangar i weszli w sieć obszernych, stalowych korytarzy. Krzykacz zaprowadził ich na „plac apelowy” wielkości dwóch boisk piłkarskich. Na jednej ścianie pomieszczenia zainstalowano gigantyczne telebimy. Pod nimi, trzy metry nad ziemią, lewitowała niepozorna mównica. Na placu, pogrupowani w foremne czworoboki, stali rekruci w galowych mundurach Akademii. To był ich wielki dzień, zwieńczenie morderczego, dwuletniego treningu. Dziś mieli stać się pełnoprawnymi żołnierzami Valkirii. Awansu miał im udzielić sam Admirał...

Admirał Artut siedział za swoim olbrzymim, mahoniowym biurkiem, wyraźnie znudzony. Znów ten coroczny cyrk z przyjęciem rekrutów, pomyślał. Przemowy, autografy, wizyty w zakładach pracy... z zamyślenia wyrwał go dzwonek wideotelefonu. Artut poderwał się i stanął na baczność – dzwonił sam Imperator! Na ekranie ukazała się twarz dziewięcioletniej, blondwłosej dziewczynki. Artut skłonił się służalczo.
-Tak, wasza wysokość?
-Konik siem zepsuł. Kcem nofego konika! - Krzyknęła dziewczynka stanowczo.
-Tak jest, wasza cesarska mość, natychmiast dostarczę nowego konika.
-I lody pluskawkowe!
-I lody truskawkowe, wasza miłość.
-Nom, to idem się pobawić. Paputki!
Ekran wideotelefonu zgasł w tym samym momencie, gdy do kwatery wszedł osobisty adiutant Artuta.
-Czas na spotkanie z absolwentami Akademii, Admirale.
-Niech poczekają pięć minut. Otrzymałem najwyższej wagi polecenie od samego Imperatora!
-Tak jest, Admirale.
Wklepując na klawiaturze treść ściśle tajnego rozkazu dla ochrony cesarskiego pałacu, Artut  wzdrygnął się. Co będzie, jeśli kiedyś ludzkość się dowie? 

Lewitująca mównica opadła powoli na ziemię. Otworzyły się niewielkie drzwi, w których stanął wysoki, chudy jak szczapa jegomość. Wszedł na mównicę, ta znów uniosła się na wysokość trzech metrów. Na telebimach pojawiła się twarz, którą wszyscy rekruci doskonale znali z propagandowych plakatów. To był Wielki Admirał, Naczelnik Valkirii i druga osoba w Imperium Terry.
-Artut! Artut! Artut! - Zaskandował podekscytowany tłum. Admirał odczekał chwilę, po czym uciszył ten wybuch spontanicznej radości władczym gestem.
-Witajcie, rekruci! - Zakrzyknął, a potężne wzmacniacze niosły jego głos po całej sali.
-Po waszej reakcji wnoszę, że nie muszę się przedstawiać. - Pozwolił sobie na żart.
-Rekruci, gdy patrzę na was, przepełnia mnie ojcowska duma! Tylko jeden na dziesięciu kadetów znajduje w sobie dość sił, by ukończyć Akademię. Jesteście najlepszymi z najlepszych, elitą elit!
„Elita elit” w postaci Wiewióra podrapała się dyskretnie po tyłku, czego na szczęście nikt nie zauważył. Admirał ciągnął:
-Gdy opuścicie tę salę, nie będziecie już kadetami. Będziecie pełnoprawnymi żołnierzami Valkirii! Z tym dniem zaczyna się wasza wielka przygoda. Wszyscy otrzymacie dziś stopień Szeregowego i zostaniecie oddelegowani do służby frontowej w jednostkach najbardziej odpowiadających waszym uzdolnieniom. Może się wam wydawać, że droga od Szeregowego do Admirała jest długa i żmudna, ale pamiętajcie, moi drodzy, że ja też musiałem ją kiedyś przejść! 

-Tia, akurat. - Prychnął kontradmirał Xero, szef wywiadu i szara eminencja Valkirii, który oglądał przemowę Wodza na półprzejrzystym ekranie w swoim gabinecie. Znudzony przyciszył fonię – sam wymyślał propagandę Valkirii, nie było sensu jej słuchać. Rozejrzał się po swoim gabinecie i raz jeszcze pogratulował sobie znajomości ludzkiej psychologii. Wśród pastelowych barw, różowego pluszu i obrazów Kubusia Puchatka tylko on jeden potrafił zachować zimną krew. Na rozmówcach robiło to zawsze porażające wrażenie. Gestem przywołał kolejny półprzejrzysty ekran i wywołał na niego ostatnie raporty z bezzałogowych kapsuł zwiadowczych. W tle Admirał wciąż perorował...

-Cóż więcej mogę powiedzieć, moi drodzy? Witam was w armii i życzę owocnej służby. Ku chwale Valkirii!
Pstryknął palcami i latająca mównica posłusznie sprowadziła go na ziemię. Po raz ostatni pozdrowił wszystkich salutem Valkirii, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł marszowym krokiem. Jego miejsce przed żołnierzami zastąpił niższy, młodszy mężczyzna o długich włosach.
-Jestem sierżant Hendley. Omówię kilka spraw organizacyjnych. Przydzieleni wam kaprale zaprowadzą was teraz do kwatermistrza, gdzie otrzymacie mundury i sprzęt służbowy. Wyekwipowani, wrócicie do hangaru, gdzie załadujecie się na wskazane frachtowce vorteksowe. Te przetransportują was na wskazane okręty macierzyste, gdzie zaczniecie służbę. Odmaszerować!
-Słyszeliście go, koty?! Dupa w troki i idziemy! - Wydarł się wprost do ucha Narmo nadpobudliwy kapral. Dziewczyna skrzywiła się z obrzydzeniem i dyskretnie starła kropelkę śliny z twarzy.
-I macie równiutko maszerować! Jak któryś złamie szyk, to tak nakopię do dupy, że zwłoki odeślą do domu w puszce po coli!
Wymaszerowali równiutkim krokiem. 

Kwatermistrz Sharn pogładził się nerwowo po brodzie.
-Ostatni raz mówię, że musisz zdać tę szablę!
Kaczuszka stał na baczność, trzymając swój skarb przy boku.
-Z całym szacunkiem, sir, ale nie mogę oddać tej szabli. To rodzinna pamiątka.
-To wbrew regulaminowi!
-Sir, odziedziczyłem tę broń po dziadku. Służył w Ułanii Gwiezdnej.
-Naprawdę? - Oczy Sharna zaszkliły się. - W którym pułku?
-Trzynastym, sir!
-Trzynastym? Stary Darek Kaczuszka? To był dobry żołnierz. Pokażcie mi tę szablę, szeregowy.
Kaczuszka zaprezentował broń oficerowi. Sharn przyjrzał się głowni ze znawstwem.
-Dobra, stara robota. Solidna stal plazmiczna. Dwudziesty piąty wiek?
-Dwudziesty szósty, sir, ale wzór z dwudziestego trzeciego. Znakomite odwzorowanie dawnej techniki produkcji.
-Niebywałe. Co znaczy ten napis na ostrzu? „For dablju busz”. To jakiś antyczny język?
-Anglosaksoński, sir. Według znajomego archeologa to znaczy „cztery podwójne krzaki”. Dziadek mówił, że to kwestia jakiejś starożytnej rodowej wendetty.
Sharn oddał Kaczuszce szablę i zaczął prędko stukać na wirtualnej klawiaturze. Wydobył spod blatu mały, fosforyzujący znacznik, który z szacunkiem przykleił do rękojeści broni.
-Wasz miecz otrzymuje doraźną homologację do użytku wojskowego oraz moje zezwolenie na przechowywanie w koszarach szeregowców. Tylko nie kłujcie nią oficerów w oczy.
Uśmiechnął się porozumiewawczo do młodzieńca, który odpowiedział wojskowym salutem i odszedł do przebieralni. Wyszedł po chwili w pełnym rynsztunku V-szturmowca, z szablą przypiętą dyskretnie do boku plecaka.
-Tu jesteś! - Dopadła go Narmo. - Wiesz już, na jaki okręt masz przydział?
-„Cracovia”. - Odparł Kaczuszka. - A ty?
-Też „Cracovia”!
-I ja też! - Wtrącił Wiewiór. - Wygląda na to, że wciąż będziecie musieli mnie znosić.
-No cóż, nie mamy wyjścia. - Odparowała Narmo, pokazując język. Wszyscy zaśmiali się głośno. 

*** 

Xero drzemał znudzony w fotelu. Przez ostatni miesiąc nic się nie wydarzyło. Zautomatyzowane sondy wysyłały tylko standardowe raporty. Żadnej podejrzanej aktywności. Ani śladu groźnych Zeitgeist, Kosmiczna Baronia Zdrady siedzi cicho jak mysz pod miotłą na swojej Terra Incognita... Nawet wymiana dowcipów o Artucie z innymi oficerami traci urok w takich warunkach.
Przeraźliwy wizg alarmu sprawił, że kontradmirał przewrócił się razem z fotelem. Podniósł się błyskawicznie i wywołał hałasujące okno alertu na główny monitor. Jedna z sond odebrała sygnał ratunkowy na kodowanej częstotliwości Valkirii. Obraz z komunikatora był słaby, a dźwięk zniekształcony przez rozlegającą się w tle kanonadę:
-...Mayday! ...Sierżant Goodman! ...Kris Goodman, ...ś mnie słyszy, do cholery? ...śmy otoczeni... ...d Czerwon... Planeta TLTB... Po...ne...a...cie!... Mayday... atakowani przez... Szlag!
Tu nagranie się urwało. Xero nie tracił czasu na przepuszczanie sygnału przez wzmacniacze. Usłyszał dość.
-Koobi, zlokalizuj wszystkie jednostki w odległości jednego skoku od TLTB! Migiem! - Rzucił w przestrzeń. Przezierny panel rozjaśnił się zielenią, a z głośników popłynął szorstki, nieprzyjemny głos:
-Nicht so schnell, Herr Xero!
Kontradmirał zacisnął pięści.
-Koobi, nie mam czasu na twoje gierki. Potrzebuję tych danych na wczoraj.
Odpowiedziała mu cisza.
-Koobi?
-...Keine Grenzen...
To, co pomyślał Xero, rymowało się z „murwa kać”. Odłączył Koobi – sztuczną inteligencję, zarządzającą wewnętrzną siecią Valkirii. Wywołał wirtualną klawiaturę i rozpoczął manualne wyszukiwanie. 

-Ja pieprzę, ale nuda – zajęczał k0sa, wpatrując się w sufit. Narmo leniwie czyściła karabin pulsowy, a Kaczuszka katował ostrze szabli nanoszlifierką. Wiewiór czytał podręcznik strategii.
-Zajęlibyście się czymś pożytecznym.
-Odpuść sobie, i tak nie zostaniesz oficerem. - Odparował beznamiętnie k0sa. Zapadła cisza. Nawet kłótni nikt nie chciał ciągnąć.
-Wciąż nie rozumiem, jak można było zostawić nas samych na tak wielkim statku. - Zaczął znowu Wiewiór, niepewnie. Narmo spojrzała na niego z politowaniem.
-Nie statku, a okręcie, panie strateg. Misja stabilizacyjna na C2H5. Potrzebny cały pułk i obecność komandora. Ktoś przecież musiał zostać i pilnować „Cracovii”.
-Tia, ładna mi misja stabilizacyjna! - Prychnął k0sa.
-Sfrustrowane seksualnie żony wydobywców etanolu wzięły planetę szturmem i domagają się spełnienia... żądań. - Dokończył rozmarzony.
-A ich faceci to co? Cioty jakieś? - Zapytała z przekąsem Narmo.
-Nie, po prostu wiecznie wracają z pracy pijani i bez sił. Ich stan wyklucza użycie jakichkolwiek stymulatorów farmakologicznych, wątroba by nie zdzierżyła. - Wiewiór zadumał się nad ciężkim losem wydobywców czystego etanolu, dzielnych pionierów, których życie to ciągłe wyrzeczenie.
Zadumę przerwał rozdzierający ryk alarmu. Czworo dzielnych szturmowców popędziło na mostek, by odebrać połączenie na holoprojektorze.
-Tu kontradmirał Xero z wywiadu MSV! - zagrzmiał hologram młodego człowieka.
-Dajcie mi natychmiast komandora Mola!
Wiewiór wystąpił krok do przodu.
-Szeregowy Wiewiór melduje, że Komandor Mol jest niedostępny!
-Co? W takim razie kto tu dowodzi?
-Ja, sir. Komandor powierzył mi pieczę nad „Cracovią”.
-Niech będzie. Zbierzcie wszystkich swoich ludzi i ruszajcie natychmiast na TLTB. Nasi żołnierze potrzebują tam pomocy.
-Ale, sir, jest nas tu tylko czworo...
-Co?! Gdzie się podziała cała załoga, do cholery?
-Misja stabilizacyjna na C2H5, sir.
-No trudno, będziecie musieli poradzić sobie sami, dopóki nie dotrą pozostałe posiłki.
-Ale sir, nie ma wśród nas pilota, stery okrętu zostały zablokowane.
-Szlag! Czekajcie tam, zaraz coś wymyślę.
Xero mentalnie odłączył projekcję i z całej siły walnął pięścią w stół. „Cracovia” była jedyną jednostką w odległości skoku od TLTB. Każdy kolejny skok to strata cennych godzin. Chyba, że...
Włączył ponownie kanał wizyjny i wycedził:
-Pełna gotowość bojowa. Za pięć minut będziecie mieli transport.
Rozłączył się. Wywołał nowy ekran i wystukał na nim adres kolejnego połączenia. 

Komandor Armand grzebał w module Napędu Antymaterii. Wstrzymał oddech i zlutował ostatnie dwa mikrostyki układu kontrolnego.
-Odpalaj. - Zakomenderował. Siedząca w kokpicie Tuethan wdusiła starter. Napęd zaczął jednostajnie szumieć.
-To działa! Ha, tydzień roboty, ale się udało! Znów mamy antynapęd!
-Nie miałbyś tyle pracy, gdybyś uważał, gdzie stawiasz kubek z herbatą. - Tuethan mruknęła niezadowolona, patrząc nieufnie na pobliską czarną dziurę.
-Zabierajmy się stąd, dobrze?
Armand nie zdążył odpowiedzieć. Na jego osobistym komunikatorze pojawił się Xero.
-Witam, admirale! Kopę lat! - Uśmiechnął się oficer.
-Nie ma czasu na pogawędki. Jak szybko dotrzesz do C2H5?
-A co, zagryzka się wam skończyła?
-Armand, do cholery!
-Z antynapędem w minutę... jeśli statek wytrzyma.
-Musi wytrzymać, szykuj się.
-Powiesz, o co chodzi?
-Masz odebrać z „Cracovii” oddział ratunkowy, który trzeba natychmiast wysłać na TLTB.
-TLTB? Nie słyszałem.
-Wyślę ci koordynaty i dossier. Mamy tam kłopoty.
-Coś jeszcze?
-Tak, będziesz tam najstarszy stopniem. Przejmujesz dowodzenie.
-Świetnie. Bez odbioru.
Armand zasiadł za sterami. Szybko wklepał kilka komend do układu nawigacyjnego, po czym włączył dopalacz antynapędu. Błysnęło i statek badawczy „Posen” zniknął, zanurzając się we wszechświecie subatomowym. Wynurzył się po chwili w zupełnie innym miejscu. Komandor zaklął szpetnie.
-Gdzie do diabła jest „Cracovia”?
Tuethan spojrzała na ekran komputera nawigacyjnego. Przetarła oczy i spojrzała jeszcze raz.
-Armand...
-To na pewno nie błąd napędu, dostroiłem go idealnie.
-Armand, ty...
-Głupi Xero! Jak można cokolwiek zrobić, kiedy wywiad nie wie nawet, gdzie są nasze własne okręty?!
-Armand...
-Niech no ja dopadnę tego asa wywiadu, już ja go...
-Armand!
-Co?
-Wpisałeś koordynaty na odwrót!
Komandor spojrzał na ekran i zaśmiał się niezręcznie.
-Rzeczywiście, he he, jaka głupia pomyłka, hi hi, potrafię być taki zapominalski...
-Zamknij się i ruszaj. - Tuethan nie po raz pierwszy zastanawiała się, czemu właśnie ją to spotyka.
Armand poprawił dane i statek znów rozpłynął się w niebycie. 

Xero obserwował symulację lotu „Posen”. Ten eksperymentalny napęd antymateryjny to jednak coś, pomyślał. W mikroświecie kwantowym nie istnieje czas, dzięki czemu można przekroczyć prędkość światła. I to bez korzystania z vortexów, które narzucają liczne ograniczenia.
Na jednym z ekranów pojawiła się zielona twarz Koobi.
-Mein fuhrer, ich glaube...
-Przestań mówić germańskim, bardzo sztuczna inteligencjo. Czego chcesz?
-Skoro „Posen” może przetransportować siły z dowolnego punktu w porównywalnie krótkim czasie, to czemu każemy mu zabrać czworo Szeregowych z „Cracovii”, bez żadnego doświadczenia bojowego, gdy można było zmontować pluton ratunkowy w pełnym składzie w dowolnym zakątku Imperium?
Szef wywiadu zawył. Jego krzyk dałby się słyszeć w całej galaktyce, gdyby nie prawa fizyki.
W próżni krzyk się nie niesie. 

c.d.n.
 

Autor: Michał „Armand de Morangias” Pietruszkiewicz
Redakcja: Marcin „Sharn” Byrski


Informacje dodatkowe:
 
 

Komentarze:
Początek 1 2 Dalej Koniec


 
23-10-2008, 21:18 | Bow | Komentarzy w sumie: 25
Jak miło czasem wrócić na stare śmiecie. Takie fajne kwiatki można poczytać. Uśmiałam się prawie do łez.


Q chwale Wratislavia Valkiria!


 
19-05-2007, 13:46 | Armand de Morangias | Komentarzy w sumie: 434
Khem... when it's done :P


 
19-05-2007, 09:28 | dark kaczuszka | Komentarzy w sumie: 271
kiedy następna część??


 
18-05-2007, 12:28 | eXscythe | Komentarzy w sumie: 303
Najs łan, gud łork soldżier! Kip it ap!


 
12-05-2007, 23:53 | woskar | Komentarzy w sumie: 347
Armand, a nie naoglądałeś się przypadkiem za dużo anime typu Trinity Blood? Fragment z Imperatorem rox! ;-P Czyłby to była córka mojego braciszka Aethana? Ciemna Strona jest w niej silna... ;-]

A następnych częściach nie zapomnij wstawić starego komandora-zwiadowcę w specyficznym czarnym kapeluszu i takimż płaszczu... znaczy mnie. ;-D


 
12-05-2007, 00:14 | dark kaczuszka | Komentarzy w sumie: 271
Molu... ! troche kultury. Już niebawem zmierzymy się na szablice (tylko pawłowi wykradne:P)


 
09-05-2007, 21:48 | Armand de Morangias | Komentarzy w sumie: 434
Do końca "Ku Chwale!" jeszcze daleko, zdążę wyśmiać i zapędy kaznodziejskie. :P

Mol, nie przejmuj się. Przecież zostawiłeś ich, nie mogąc ryzykować, że spaprzą jakże ważną misję stabilizacyjną na C2H5. Na okręcie nie mogli poważnie nabroić ;)


 
09-05-2007, 21:31 | Wiewiór | Komentarzy w sumie: 942
Komandorze Armand, jestem z Was zadowolony. Jak się dowiesz, kim jesteś w moim opowiadaniu, to się pewnie też ucieszysz ;] I pamiętaj o moich kaznodziejskich zapędach :>


 
09-05-2007, 21:22 | Mol | Komentarzy w sumie: 187
Ale ja nie mówię, że źle, że opuściłem statek. Ja mówię, że źle, że zostawiłem na nim akurat TYCH żołnierzy samych. V wiele przeżyła, ale... ;P


 
09-05-2007, 19:56 | Narmo | Komentarzy w sumie: 382
Coś mi to przypomina ;]. Super! Czekam na więcej...



Skomentuj:
Nie posiadasz uprawnień by dodawać komentarze.
   

Witamy na Oficjalnej Stronie Andrzeja Pilipiuka.
Profil użytkownika
Pseudonim

Hasło

Zapisz login

Przypomnij hasło!
Rejestracja

Szukaj

Nowości w V-Sklepie




Na służbie:
Żołnierze: 0

Cywile: 57

Statystyki wizyt:
Wizyty: 3514807
Dziś gości: 94
Ten miesiąc: 1441
Rekord gości: 43842
Gości wczoraj: 174