03-06-2005, 12:35
buda 2145 x przeczytano
„Ględźby Ropucha” to książka inna niż dwie poprzednie, które wyszły spod pióra Wita Szostaka. Wreszcie przyszedł czas, by opuścić dobrze znane czytelnikowi Smoczogóry, pożegnać dziwożony i Władcę Wichrów i wkroczyć w krainę zgoła odmienną, mimo że stanowiącą część tego samego uniwersum – Międzygórze. Po onirycznych, baśniowych, swojskich, uspokajających „Wichrach...” oraz „Graniach...” dostajemy do rąk ponure i ciężkie „Ględźby...”. Po niektórych opowieściach naprawdę trudno się otrząsnąć.
Ględźby to historie spisywane z pokolenia na pokolenia, od niepamiętnych czasów, przez eremitów ze starożytnego monastyru boga Los, do którego trafiają zmęczeni życiem, samotni królowie, kupcy, bardowie, górale, by w spokoju wyczekiwać kresu swych dni. Ale także po to, by pielęgnować pamięć o przeszłości, spisywać przeżyte niezwykłe wydarzenia i niecodzienne wypadki, tak by lekcje życia w nich zawarte, jak też mądrość oraz obraz tego świata nie odeszły bezpowrotnie w zapomnienie. Jeden z mnichów to stary, umierający Ropuch i przeniósł on na karty pożółkłych, rozpadających się ksiąg rzeczy niesamowite.
O czym jest ta książka? Co wysuwa się na pierwszy plan? Po pierwsze - opowieści, Słowo, które stworzyło świat, ględźby same w sobie. Spisane – „szeleszczą i szeptają między sobą”, ich bohaterowie „porozumiewają się, ostrzegają i zapraszają do siebie”, żyją własnym życiem. Szesnaście opowiadań wypełniają metapoetyckie rozważania o potędze tworzenia przez słowo, o tym, jak to nie życie kształtuje opowieści, ale to jak one kształtują życie („Księga”, „Gospoda na rozstajach”), manipulują faktami („Pierwsza taka drużyna”, „Bęben z koźlej skóry”), a wreszcie o cenie, która trzeba zapłacić za opowieści i tym, że umiejętność swobodnego władania słowem to zarówno dar jak i przekleństwo („Troski Wikłacza”).
Drugim „bohaterem” jest odwieczny konflikt między rozumem a wiarą, tym co widzialne dla oka i niewidzialne. Bohaterowie, którzy reprezentują wiarę w „szkiełko i oko”, w obliczu próby muszą zweryfikować swój światopogląd („Pielgrzymi”) do tego stopnia, że cała ich dotychczasowa wiara legnie w gruzach, a prawda, którą poznają, okazuje się zbyt trudna do zaakceptowania i prowadzi do dalszego zagubienia. Szczególnie jest to widoczne w genialnej opowieści „Salamandra zagubiony na południowym bazarze”, gdzie wyświechtany, wydawałoby się, motyw rzeczywistości równoległych, których symbolem jest kupiona przez bohatera tajemnicza szkatułka, potrafi na długo pozostanie w mojej pamięci.
Świat Międzygórza tym się różni od tego smoczogórskiego, że tu nie ma Jedynego, który by uporządkował świat, stworzył jasną, wyraźną hierarchię wartości, którym pokorni mieszkańcy by się podporządkowali i które by zaakceptowali świadomi swej małości i kruchości. Choć, z drugiej strony, jest to na pewno kraina bardziej różnorodna i kusząca, nieprzewidywalna, gdzie nic nie jest takie jak się wydaje. Ostatnią rzeczą, jaka jest godna zaufania, są nasze zmysły. Prawda miesza się z fałszem, fikcja z rzeczywistością, jawa ze snem, czas łamie wszelkie racjonalne reguły i płynie według sobie tylko znanego porządku.
Szostak bawi się z odbiorcami, stopniowo, powoli ujawniając kolejne strzępki wiadomości o stworzonym przez siebie uniwersum, tak prowadzi swoje opowiadania, żeby zmuszać do czytelników do współtworzenia historii - niczego nie dopowiada do końca, zostawia pole dla wyobraźni. Proste fabularnie opowieści przepełnione są filozoficznymi aluzjami, pisarz czerpie pełnym garściami z różnych systemów filozoficznych, konfrontuje sprzeczne światopoglądy. Każda opowieść, choć oczywiście zdarzają się trochę słabsze, wciąga od pierwszych słów, Szostak ma talent do opowiadania co najmniej taki, jak Szarotka z „Poszarpanych grani”- opisywane wydarzenia stają się namacalne, przeżywamy historie razem z bohaterami, przejmujemy ich lęki, poczucie bezsilności.
Gama bohaterów jest szeroka – przypomina tę z wydanych ostatnio „Wód głębokich jak niebo” – od niewiele znaczących, bogu ducha winnych ludzi (grabarz, bard) po władców. Wszyscy wciągnięci mimowolnie w wir niezwykłych, nie dających się ogarnąć umysłem wydarzeń, stojący przed wyborem między większym a mniejszym złem. Los z nich zakpił, ujawnił ich słabości, bezradność. Postacie nie są tym, kim się wydają na początku, są wieloma osobami, umierają by równocześnie żyć, poznają świat by przekonać się, że świat ich oszukał, szukają prawdy, bezpieczeństwa, duchowego oparcia, a znajdują pustkę, pozory. Błazen okazuje się królem, król błaznem (moje ulubione „Kłopoty z błaznem”), a kat zetnie sobie głowę („Wieszczba”). I to jest najbardziej przerażające - niezwykłe sytuacje mogą przytrafić się każdemu, bez względu na pochodzenia, stan społeczny, majątek, winę, grzechy.
I do tego dochodzi jeszcze piękna polszczyzna, wspaniały, charakterystyczny, niepodrabialny styl, który jednak nigdy nie przytłacza treści, a pozawala wtopić się w niesamowity klimat książki.
Szostak udowodnił po raz kolejny, że jest pisarzem znakomitym, wyrasta nam na pierwszoplanową postać rodzimej sceny fantastycznej. Będzie się musiał naprawdę postarać, by czymś zaskoczyć czytelników w swoich następnych powieściach.
Redakcja: Morgana
Autor: Wit Szostak
Tytuł: Ględźby Ropucha
Wydawnictwo: Runa, Warszawa 2005
Stron: 217
Okładka: miękka
|